Podobno statystyczny Polak codziennie spędza przed telewizorem ponad cztery godziny. Nie wiem, na ile można ufać statystykom, ale wiem, że ja w tym przypadku na pewno nie zawyżam średniej. Nie jestem wielką fanką telewizji i niektóre z Was pewnie już wiedzą, że w moim domu przez lata nie było telewizora. I podobny stosunek miałam też do propozycji występów w TV, które w ostatnich latach się pojawiały. Bo muszę Wam zdradzić, że już 8 lat działam sobie w Internecie i dostawałam w tym czasie różne propozycje. Ale telewizja to nie moja bajka. Robię to, co robię, sprawia mi to dziką satysfakcję i tego się trzymam. Nie mam też jakichś ciągotek, żeby przez chwilę poczuć się jak celebrytka. Dlatego pewnie Was zaskoczę, jeśli powiem, że ostatnio sporo się zmieniło… Ale po kolei. 

Jeśli mam wybierać pomiędzy oglądaniem innych, a oglądaniem siebie, to zdecydowanie wybieram to pierwsze. Dlatego za każdym razem, jak dostawałam jakąś propozycję związaną z programem telewizyjnym, to konsekwentnie odmawiałam. Po prostu nie korciło mnie, żeby rzucić wszystko i jechać do Warszawy. Ale wiecie, co mówią – podobno tylko krowa nie zmienia poglądów. Dlatego dziś będzie o tym, jak to Warszawa przyjechała do mnie. O tym, jak debiutowałam w roli aktorki, a Antoś w roli reżysera. Jak w mojej łazience w kilka godzin pojawiły się nowe płytki i i jak wzięłam najdłuższy prysznic w życiu. O tym, że pewnych propozycji się nie odrzuca. I ja pewnego dnia dostałam właśnie taką propozycję. 

Zapach dzieciństwa

Z jakimi kosmetykami kojarzy się Wam dzieciństwo? 

Odpowiedź w dużej mierze będzie pewnie zależeć od wieku. Ja mam to szczęście, że kosmetyki, którymi pachniało moje dzieciństwo, do dzisiaj są w sprzedaży. Doskonale pamiętam zapach oliwki Bambino, która stała zawsze gdzieś w pobliżu wanny. I zapach kremu Bambino, którego nie da się pomylić z żadnym innym. Nie wiem, w jakim dokładnie byłam wtedy wieku, ale pamiętam, jak mama otwierała okrągłe, wszystkim doskonale znane opakowanie i w łazience unosił się ten zapach, który do dzisiaj przechowuje w jednej z szufladek w mojej pamięci. Wtedy nie było wielkiego wyboru produktów dla dzieci, drogerii na każdym rogu, internetu, w którym mamy sprawdzały, jakiego kremu używać. Ale z perspektywy czasu bardzo się z tego cieszę. I cieszę się, że chociaż zmieniło się tak wiele, na drogeryjnych półkach nadal mogę znaleźć moje ulubione Bambino, ale już we współczesnej odsłonie.

Kiedy sama założyłam rodzinę i zostałam mamą, musiałam zdecydować, jakich kosmetyków będą używać najbliższe mi osoby. Gdzieś przeczytałam, że w każdym kosmetyku Bambino jest kropla tej legendarnej oliwki, którą wszyscy znają. I wtedy otworzyła się moja „szufladka”. Są duże szanse na to, że za parę dekad i moje dzieci właśnie z tym zapachem będą kojarzyć swoje dzieciństwo. Dlatego bez wahania zgodziliśmy się na udział w spocie reklamowym szamponu Bambino. Powiem więcej, była to dla nas niezapomniana przygoda. 

Dlaczego cała rodzina pojawia się w reklamie szamponu? Bo to właśnie szampon dla całej rodziny. Adamowi nawilża włosy, bo  on wiecznie narzekał, że są suche. Lence pomaga w rozczesywaniu, a kto widział włosy Lenki, ten wie, że te umyte nieodpowiednim szamponem nie dadzą się łatwo rozczesać. 

Antoś nie ma większych wymagań w stosunku do kosmetyków.  Szampon ma być delikatny, nie podrażniać. I ten właśnie taki jest. A ponieważ ja mam włosy w dobrym stanie, chcę tylko, żeby szampon ich nie obciążał, żeby były miękkie i gładkie. I w jednym kosmetyku dostajemy to wszystko. Do tego bardzo przyjemnie (i niezbyt intensywnie) pachnie. 

Rodzina Bambino

To były dwa wyjątkowe i niezwykłe dni. Tylko tyle i aż tyle czasu na to, żeby poczuć się niczym gwiazdy filmowe. I obeszło się bez wycieczki do Hollywood, bo wszystko odbyło się w naszym domu (na zdjęcia pojechaliśmy jedynie do pobliskiego studia).

Z minuty na minutę zrobiło się bardzo tłoczno. Pojawił się sztab zupełnie obcych dla nas ludzi, a mimo to czuliśmy się, jakbyśmy gościli znajomych. Ktoś zadbał o nasze fryzury, ktoś inny o to, żeby nas pięknie ubrać. Każdy miał swoje zadanie do wykonania i na nim się skupiał. My, dość nieoczekiwanie, zostaliśmy „aktorami”. Ale nasze role nie polegały na tym, żeby udawać i pokazywać, że jesteśmy inni, niż w rzeczywistości. Wręcz przeciwnie. Staraliśmy się pokazać, jak to jest w naszej czteroosobowej, momentami zwariowanej, sprzeczającej się, ale kochającej się rodzinie. Nawet Antoś miał okazję wcielić się w swoją rolę i to nie byle jaką, bo został naszym reżyserem i przez krótkofalówkę zarządzał całą ekipą („Ninja 1 do Ninja 2. Akcja!”). A kiedy dzieci były zmęczone i miały ochotę na przerwę, po prostu robiliśmy przerwę (w końcu szefostwa nie można denerwować). To zdecydowanie nie był standardowy plan zdjęciowy. Nic nie było udawane, nic nie działo się na siłę. 

Oczywiście Bambino mogło do tego spotu zatrudnić profesjonalnych aktorów. Małych i dużych ludzi, który mogli się poznać w dniu nagrań, zupełnie nic o sobie nie wiedzieć. To nic dziwnego, raczej standardowa praktyka. Ale zamiast tego postawili na prawdziwe emocje, prawdziwe czułości, wygłupy – na prawdziwą rodzinę, na nas. Jak wyszło? Za chwilę efekty ocenicie sami.

Najdłuższy prysznic w życiu

Profesjonalni aktorzy z hollywoodzkim uśmiechem, muskulaturą, kalifornijską opalenizną, pełnym biustem i nieskazitelnym makijażem… To z pewnością nie o nas. 

Gdyby ktoś mi dawno temu powiedział, że pojawię się w telewizji, na dodatek z mokrymi włosami i bez makijażu… no też bym raczej nie uwierzyła. Ale właśnie tak było. Mogę Wam już zdradzić, że kręciliśmy scenę pod prysznicem. W spocie trwa ona może 3 sekundy. A nagrywaliśmy ją z pewnością przez blisko dwie godziny i to będzie chyba mój najdłuższy prysznic w życiu. Ale uspokajam – golizny w spocie nie będzie. Podczas nagrywania miałam na sobie strój kąpielowy. Chociaż pod prysznicem wystąpiłam z nagą twarzą. Ani grama podkładu czy tuszu. 

Gdyby ktoś był ciekawy, jak nagrywa się takie sceny w łazience 3×3 m bez okna, to już tłumaczę. Światła, wszędzie były światła. Z lewej, prawej strony. Nad prysznicem, za prysznicem. A wszystkie ścianki odpowiedniej wysokości oklejone były specjalną mleczną folią. Para? Ta leżała pod moimi stopami.) A raczej parownica do ubrań, która robiła całą robotę. Nie brzmi to zbyt komfortowo, prawda? Chociaż nawet mnie to zaskoczyło, wcale nie czułam się skrępowana. W sumie było nawet zabawnie. 

Remoncik? Tak poproszę…

Mieliście kiedyś przyjemność umawiać się z jakąkolwiek ekipą budowlaną / remontową? No to na pewno wiecie, że zazwyczaj fachowcy wyznają zasadę „spiesz się powoli”. Ale w ekipie, która pracuje na planie, obowiązują inne zasady gry. Wszystko powstaje w tempie godnym podziwu. Mówię Wam, zbierałam szczękę z podłogi, kiedy ekipa w kilka godzin położyła na moje płytki (są w kolorze brązowym, a do nagrań potrzebne były jasne wnętrza) płytki w niebieskim kolorze. I to takie pięknie docięte, z fugami. W dodatku wyglądały tak ładnie, że wcale nie chciałam ich oddawać. W godzinę po nagraniu płytki zniknęły ze ściany, a po ekipie nie było już śladu. A kojarzycie pewnie moją, dość charakterystyczną tapetę w jadalni? Tak, dobrze się domyślacie, ta ściana też przeszła metamorfozę. Ciekawa jestem, czy rozpoznacie jadalnię w spocie.

No cóż… to chyba tyle. Nie mogę się doczekać, co powiecie na efekty naszej dwudniowej przygody na planie spotu reklamowego. 

A spot znajdziecie tutaj