Polski Horror Show, czyli dlaczego kocham Walentynki

44

Przed nami najgorszy dzień w roku. Już teraz, w lutym, jestem przekonana, że gorszego nie będzie. Zeszłoroczne wspomnienia do tej pory wywołują u mnie dreszcze.

Walentynki…

…dzień, który spędziłam poza domem. Coś mnie podkusiło i wybrałam się tego dnia na miasto. Idę sobie spokojnie, a tu zza rogu wypada jakiś gość. Biegnie, pędzi, włos rozwiany, poły płaszcza powiewają na wietrze, okulary zaparowane. No leci ewidentnie do mnie! Rany boskie, myślę, czy to ukryta kamera czy zaczynam mieć początki demencji? Może to jednak mój mąż?.. Ale nie. Staję jak wryta, nie wiem, uciekać czy go łapać. Facet już, już prawie mnie dopada, gdy z drugiej strony coś mnie trąca i prawie ryję nosem w bruk. Dzięki temu uniknęłam zderzenia z gościem, ale nie z brukiem. Zbieram więc zęby z chodnika i kątem oka widzę, że tym czymś, co mnie potrąciło, była baba. Facet nie leciał do mnie, ale do baby, a baba leciała do faceta. Ja z kolei leciałam na glebę. Baba czymś ostrym, co trzyma w ręce, zadziera mi rajstopy. Patrzę, czy to maczeta czy parasolka. Mylę się – to róża. Bardzo czerwona i bardzo długa. Baba i facet odchodzą szybciej niż ja dostrzegam rozmiar szkód – potargane rajstopy i brudny płaszcz. Róża ciągnie się za babą, łodyga trze o bruk, prawie słyszę zgrzytanie. A nie, to ja zgrzytam – zębami, ze złości.

Polski Horror Show, czyli dlaczego kocham Walentynki

Nagle przypominam sobie – to Walentynki! Przez chwilę waham się, czy iść dalej czy pędzić do domu przygotowywać kolację pełną afrodyzjaków, ale idę dalej. Nie zrażam się. Oglądam sobie wystawy. Albo ja po spotkaniu zaślepionych zakochanych widzę wszystko na czerwono i jednak mam jakiś mały wylew, albo faktycznie każda witryna różowo-purpurowa. Wszystko w serca i róże. Rozumiem księgarnia: romanse się sprzedają, to nic, że są sprzed kilku sezonów – mają nową opaskę, wściekle różową z napisem „miłość”. Rozumiem odzieżowe: trochę bielizny z gratisami – podkoszulkiem z napisem „aj low ju”. Rozumiem spożywczaki, sklepy z pamiątkami… Ale dlaczego sklep przemysłowy postanowił wystawić nagle wszystkie swoje produkty w kolorze czerwonym?! Czy Domestos, ścierki zdzieraki i szczoty ryżowe przydają się w Walentynki? Może to jednak był sklep dla sadomasochistów?.

Nagle dźwięk telefonu. A nuż mąż przypomniał sobie o tym wyjątkowym dniu. Ale nie – to wiadomość sieciowa. Za marne 2,44 ustawią mi melodię na czekanie. Do wyboru mam: „Klaun zakochany klaun” albo „Anna Maria”. Nie wybieram żadnej. Za chwilę dzwoni do mnie Mama i pyta, czemu nie odbieram szybciej bo ona musi słuchać klauna. Dziwne. Cóż, w końcu Walentynki.

Wchodzę do księgarni, bo przypominam sobie, że mam kupić kartkę na urodziny Babci. Obracam wszystkimi sześcioma stojakami i przed oczami migają mi na przemian: serca, róże, złote obrączki, misie z balonikami i cherubinki. Tak, cherubinki też czerwone, w sumie przypominają diabełki. Im szybciej obracam tym bardziej robi się czerwono. W końcu dociera do mnie, że kartki dla Babci nie znajdę. Nie w Walentynki.

No to wejdę do kwiaciarni, kwiatki Babci kupię. Taaa, akurat, wejdę. Tłum jak na koncercie Bibera. Cisnę się do środka i szukam frezji. Babcia najbardziej lubi frezje. Nie widzę. Nie ma też gerbery, lilii i eustomy. A co jest? RÓŻA! Wszędzie czerwono! Pytam kwiaciarki o inne kwiaty. Niby zajęta wiązaniem złotej wstążki na metrowej łodydze (różanej), ale mimo wszystko zerka na mnie. Jej uniesiona brew mówi wszystko. Wycofuję się odprowadzana litościwym spojrzeniem klientów mówiącym: „Biedna, jej nikt nie kocha”.

Postanawiam wracać tramwajem. Czekając na niego liczę, ile osób jednak mnie kocha. No, może nie jest szaleńczo zakochanych, ale jednak kocha. Wychodzi parzyście, damsko-męsko, nie jest źle. Pocieszona wsiadam do tramwaju. Ledwo. Ludzi niewiele, ale większość miejsca zajmują torby z serduszkami, wściekle czerwone balony i… róże. W sumie więcej róży niż ludzi. Chyba każdy trzyma po dwie. Dziwne. Ale cóż, Walentynki, święto zakochanych, może są tacy, co mają serce pojemne jak przedwojenna wanna i mają więcej osób do kochania niż jedną. Sama mam torbę tylko z tą ryżową szczotą z długim kijem, muszę głupio wyglądać. Ale i tak nikt na mnie nie zwraca uwagi. Wszyscy albo ćwierkają przez telefon albo piszą esemesy albo wiszą na kimś. Wysiadam wcześniej, bo zaczyna mnie mdlić i zaraz rzygnę tęczą.

Wracając do domu zaglądam do skrzynki pocztowej. Coś jest. Boże, żeby to nie była Walentynka, wzdycham marząc, by była to Walentynka. No i jest – pisze osiedlowa drogeria. Mogę kupić taniej seksowne gatki i prezerwatywy o smaku landrynek. Mnąc w pięści ulotkę liczę w myślach, ile lat minęło od ostatniej Walentynki. Przestał pisać nawet smutny Roman z podstawówki, który rok w rok wysyłał mi tandetne grające kartki. Grały oczywiście piosenkę z „Love story”. Nie wiem, czy Roman wiedział, że na końcu bohaterka umiera… może wiedział i życzył mi śmierci, że rzuciłam go w Walentynki?

Otwieram komputer. Google jak zwykle się spisało i nie omieszka przypomnieć, jaki dziś dzień. A jakże, jest serduszko, w razie gdyby ktoś miał wątpliwości – są Walentynki! Przechodzę czym prędzej na stronę programu śniadaniowego. Zaległości mam z tygodnia. No to przeglądam: „Jak szczuplej wyglądać w łóżku”, „Seksowna bielizna plus size”, „Czy rozmawiasz z partnerem o seksie?”, „Czy punkt G istnieje?”. Cofam się już dwa tygodnie, a tam wciąż i wciąż tematy z kręgu „miłość, seks i uczucia”. Co jest? Nikt już nie bije dzieci? Nie ma anorektyczek? Gdzie są energiczni staruszkowie? No tak, zbliżały się Walentynki. Dwa tygodnie gadania tylko o miłości i uczuciach. Nie, nie obejrzę nic, jeszcze nie daj Boże sama stanę się uczuciowa.

No to przejrzę gazetę. Biorę przegląd podatkowy. Nie wiem, czy to przypadek, ale w lutowym numerze: „Jak rozliczać się z mężem”. Rzucam gazetą o ścianę.

Wezmę kąpiel. Żeby oddalić romantyzm, dziś bez piany. Szorując się szarym mydłem słyszę, że wraca pan mąż. Wyskakuję czym prędzej bo jeszcze przyjdzie mu do głowy tutaj wpaść. Włażę w najpaskudniejszą pidżamę z czasów szpitalnych. Ostrożnie schodzę na dół, bojąc się, czy czasem nie nadepnę na jakieś płatki róż, a przy okazji na kolce. Nic z tego. Pan mąż kręci się po kuchni i rzuca na mnie ledwo okiem. Wstawiając czajnik zadaję mu z głupa pytanie: „Ty, a co dzisiaj za dzień?”. Myśli chwilę i mówi: „Piątek”. I czule dodaje: „Mamy coś do jedzenia?”. I nagle dociera do mnie, jakie wspaniałe są Walentynki, jak to cudownie, że nie muszę ich obchodzić i jaka ja naprawdę jestem romantyczna. Jaka to ulga wiedzieć, że własny chłop nie kocha cię tylko od święta, nie przynosi ci tandetnej spryskanej lakierem do włosów róży mimo, że lubię tylko tulipany i że romantyczną kolację w restauracji możemy zjeść częściej niż raz w roku 14 lutego. Zalewa mnie takie uczucie ulgi, że zarzucam swemu panu ramiona na szyję i razem spędzamy ten Walentynkowy wieczór. Bardzo razem.

44 komentarze

  1. Jak dobrze przeczytać, że inni też kochają się nie tylko w walentynki i nie maja bzika na ich punkcie!
    Pozdrawiam 🙂

  2. hahahaha genialne :D:D:D idealnie opisane „walę w tynki” 😀
    Ja choć raz znalazłam sposób na „uczczenie” ich w sposób, który mnie nie zemdli, mimo, iż rzecz jasna otoczka z wiadomych względów jest czerwona, miłosna i w ogóle…
    Startuję z koleżanką w zawodach biegowych 😀 także całe to święto, będzie jedynie przystawką do świetnej zabawy 😀 co ważne, przystawką godną zniesienia i nawet smakowitą 😀 mimo, że wszystko pod wiadomym szyldem 😛

  3. aha i sam tekst rewelacja a owe „Niestety” odnosiło się do tej tandety walentynkowej sprzedawanej w sklepach, która co roku będzie pewnie taka sama.

  4. Też mi się wydaje, że nie ma co pisać nowego tekstu z tej okazji, bo będzie dokładnie tak samo jak w zeszłym i w sumie możesz takiego Kevina samego w Walentynki wyjmować co rok :). Niestety.
    Chyba, że udałoby się zmienić trochę sposób postrzegania tego „święta” i np zrobić z tego dzień, w którym nie chodzi o dawanie tandetnych prezentów, ale właśnie czegoś więcej wszystkim osobom które kochamy/które są dla nas ważne. Można np. Upiec ciasteczka (niekoniecznie w formie serduszek 😛 ) i obdarować nimi bliskich/odwiedzić Dziadków/zadzwonić do przyjaciółki dla której ostatnio miałyśmy mniej czasu/ pograć z chrześniakiem/siostrzeńcem w ulubioną grę/ pomóc innej mamie przy dzieciach, czy nawet wpłacić pieniądze na jakiś szczytny cel. Możliwości mnóstwo. Mnie by takie Walentynki bardzo odpowiadały a właściwie odpowiadają 🙂 -> Nie wybieramy się nigdzie z mężem (nie mówiąc o dzieciach) – zaprosiliśmy z tej okazji znajomych do siebie – w planach mamy dobre wino i gry planszowe przy okrągłym stole. Polecam!

  5. Nie ma to jak sobie w walentynki isc na impreze z przyjaciolkami , od 3 lat tak chodzimy , nie mamy facetow i dobrze nam z tym. Walentynki to dobre swieto dla sklepikarzy i firm z artykulami dekoracyjnymi. Nie dla mnie.

  6. walentynki , walensrynki a dom i tak nieposprzatanu ,czeka na mnie az wroce urobiona po pachy z pracy.

  7. Jestem bardzo za tym świętem!
    Gdyby nie walentynki pewnie straciałabym życiową szansę.
    To właśnie w walentynki pogodziłam się z moim chlopakiem , nie zapomnie tego dnia nigdy.
    Gdyby wtedy nie było walentynek nie dałabym namówić sie rozmowe , ale moze wlasnie dlatego
    ze to byl ten dzien a on tego chcaił wyjasnilismy sobie wszystkie nasze ówczene niesnaski.
    Dziś jesteśmy szczęsliwym 5 letnim małżenstwem z bagazem doswiadczen i 2 letnim synkiem .

  8. Opisałaś cały ten horror show tak samo jak i ja go odbieram, ej bez kitu, wszytsko sie mi tu zgadza. Prowie sie posikałam ze smiechu czytajac go, przeczytalam jednym tchem i juz ni moglam doczekac sie kolejnego zdania zeby moja przepona znow mogla popracowac hahahahaha brawo!

  9. Kiedy mam już swoje lata, walentynki oczywiscie nabrały u mnie zupelnie innego znaczenia. Kiedys cieszylam sie z kwiatow od chlopakow , nieznanych kartek ktore dostawalm w szati i czekaly na mnie w kurtce kiedy skoncze lekcje. Dziś to już jest dzień jak codzień. to bardziej swieto dla mlodych , tych ktorzy jeszcze nie maja swoich rodzin i swojej drugiej polowki

  10. mojego nie bedzie w tym roku.
    wyjezdza w delegacje,
    ja zostaje samiutenka , bede miec na poczytanie zaleglych lektur.
    🙂 o i to mi sie podoba.

  11. W tamtym roku to maz bardzo sie postarał, nie wiem co mu strzeliło do głowy ale zabrał mnie na kolacje, potem do kina, potem na spacer po wiśle. Kupił kwiaty i czekoladki byłam szczesliwa, nie wierze ze sa kobiety ktorym sie takie zachownaie nie podoba.

    • A nie obijaliście się o inne „zakochane” pary? Chodzi o to, że w ten dzień można rzygnąć tęczą. Tacy wszyscy zakochani.

  12. agniecha on

    Ja tam się cieszę z każdego badyla jakiego dostanę w walentynki, i w dzień kobiet również.
    Jestem kobietą, zawsze z uśmiechem przyjmuję meża w drzwiach z takim kwiatkiem.

  13. Kingo, czy oby za bardzo Cię nie poniosła magia tego święta;)
    tekst rewelka, skąd bierzesz takie pomysły.

  14. Ej no właśnie… bo to już za 4 dni , dobrze że jestem singielką, będę oczekiwać na jakiegoś walentego w tym dniu siedzę w domu. Kandydaci —-> zgłaszać się, jestem wolna 🙂 😉 ;p

  15. monikaq on

    dobry dobry wpis, lubie twoje zarciki , i chce wiecej, masz dystans do siebie , odpowiadaja mnie takie osoby.

  16. Nie rozumiem ludzi którzy, drwią z Walentynek, przecież nikt nikomu nie kazuje chodzić w tym czasie na romantyczne kolecje i wyznawać sobie milość. Moim zdaniem to piekna okolicznosc, nic w tym zlego że ktos sobie ustanowił ten dzień wlansie zakochanych, i wszedzie ich wowczas pełno. Restauracje pekaja , deptaki zajete, tramwaje w rozach. Listonosze nachodza nas z kartkami, mimo ze teraz w dobie e-mail ,coraz mniej juz osob ktore tradycyjnie chca wyslac karteczke z sercem. Niemniejjednak ja uwielbiam i zawsze uwilbialam.

  17. haha bardzo dobry tekst, wlasnie dalam do przeczytania mojemu chlopakowi, nie bylo mu tak do smiechu w przeciwienstwie do mnie, on romantyk dusza artysty i nie mozna tak zniewalac i zbeszczeszczac swiat ;p ja bawilam sie dobrze czytajac te twoje zdania.

  18. Mnie w tym roku mąż zabiera na rejs po morzu 🙂 przy lampce wina musujacego, mojego ulubionego i stolem pelnym slodkosci, uwielbiam ten dzien !

  19. Nie lubie Walentynek, nigdy nie lubiłąm tego swita, moze nawet i bardziej kiedys, kiedy bylam samotna singielka i wkurzal mnie widok zakochanych par ktore gdzies w krzaczkach mizdza sie po calosci. Dzis mam meza i okazuje mu uczucia wtedy kiedy tego chce a nie wtedy kiedy nakazuja tego walentynki.

  20. justyna on

    ALe troche w tym prawdy jest ze jak chce kupic cos na imieniny czy inna okolicznosci to ciazko w okresie walentynkowym, wszytsko do pozygania sie od czerwonych serc ;p

  21. O nie! Wierna czytelniczka już po zdjęciu zorientowała się, że TO JUŻ BYŁO :p Nawet zmiana daty nie pomogła.

  22. sandi89 on

    Kinga pisz do mnie normalnie, bo ja się nie znam na tych wszystkich #tagach i internetach i nie wiem czy mi mnie teraz obrażasz czy dobrze radzisz 😛 Powtórzę się pewnie z zeszłego roku. Mnie się ten tekst bardzo podoba, choć myślę, że jest nieco przesadzony 😉 Walentynki? Teraz jest jakoś chyba nawet modnie twierdzić, że są przereklamowane, ale często ci sami ludzie tęsknią za tym kwiatkiem czy po prostu dłuższym poświęceniem czasu dla swojej osoby i związku. Ja nie płynę z takim nurtem, mówię głośno – lubię Walentynki, choć żeby było śmieszniej ostatnie lata musi być tak, że spędzamy je akurat oddzielnie. I robi się troszkę smutno. Dla mnie ważne jest to że mąż mnie kocha codziennie nie tylko od święta i tak już od blisko 10 lat i liczą się drobne gesty przez cały rok a nie jeden od wielkiego dzwona. Z drugiej jednak strony te kwiaty 14.02 mogą być po prostu miłym dodatkiem do roku 😉 Lubisz Dzień Kobiet? Jestem pewna, że tak, że lubisz go świętować i czekasz wtedy na tulipany – jak ja 😉 (a nie kolczastego badyla) – więc jakbyś dostała w Walentynki tulipany od Męża (bo przecież tak jak i mój wie co lubisz :D) to by nie było tragedii i obciachu, tylko uśmiech i całus. Amen. 😉

      • sandi89 on

        Miło mi 😉 A ja bardzo lubię Twojego bloga 😀 Znam już to „pióro” wiem kiedy jest poważnie a kiedy żartujesz.. i lubię oba rodzaje wpisów. P.S. O blogowaniu przeszła mi myśl jak byłam w ciąży i parę razy później ale raczej się nie nadaję 😛 Pozdrawiam 🙂

  23. To chyba nie najgorsze, a najlepsze walentynki w Twoim życiu! A wiesz dlaczego? Bo będziesz pamiętała je przez długi czas!
    A tak serio, to dla mnie walentynki też trwają na okrągło. Nie potrzebuję 14 lutego po to, by powiedzieć kocham, by pójść do restauracji i zjeść kolację wśród dzikich tłumów i sztucznie się uśmiechać. Robię to na okrągło, w świątek, piątek i niedzielę.

  24. sandi89 on

    Znowu prowokujesz do dyskusji tym samym tekstem? 😛 Wystarczyło wyczyścić komentarze, a datę zostawić zeszłoroczną i tak prawie nikt nie zwraca na to uwagi 😛

Odpowiedz